Get Adobe Flash player

Październik 2009

„WSZYSTKO, CO UCZYNILIŚCIE JEDNEMU Z TYCH BRACI MOICH NAJMNIEJSZYCH, MNIEŚCIE UCZYNILI” (Mt 25,40).
– Naśladujemy Chrystusa Sługę z miłością służąc chorym i ubogim.

Przez całe życie dorastamy powoli do zrozumienia prawdziwego sensu życia konsekrowanego i do wkraczania w nie w coraz pełniejszej mierze. Wiemy, że w Osobie Jezusa Chrystusa sam Bóg Ojciec nie tylko objawia głębię swej miłości do człowieka, ale także w Nim oddaje się na służbę człowieka (por. VC 75). Teraz, wraz z Synem, chce służyć człowiekowi przez ludzi wierzących, szczególnie przez osoby konsekrowane. Teoretycznie akceptujemy fakt, że życie konsekrowane jest życiem ofiarnej miłości , konkretną i wielkoduszną służbą najuboższym i najbardziej potrzebującym. Aby teoria stała się „praktyką”, musimy najpierw przyjąć w siebie Boską „Agape” – czyli zdolność kochania wszystkich ludzi tak, jak Chrystus, - mówiąc inaczej: musimy uczyć się miłować wszystkich Sercem Chrystusa obecnego w nas.
Zanim przejdziemy do pewnych impresji związanych z tematem wyznaczonym na obecny miesiąc, może warto zwrócić uwagę na prozaiczny fakt, że nasza miłość miłosierna i służebna nie może być zwrócona tylko „na eksport”, na zewnątrz, do ludzi ubogich i chorych. Musi ona być chyba najpierw zwrócona „ad intra” – to znaczy do wspólnoty, do której należymy. Pan Jezus dlatego „potrafił” uczynić z siebie pokorny dar dla nas ludzi, ponieważ był włączony w wewnątrz – trynitarną miłość Osób Trój-jedynego Boga. Chyba o tym myśląc Jan Paweł II zwraca naszą uwagę naprawdę, że im bardziej życie wspólnotowe będzie przepojone duchem siostrzanej miłości (por. VC 72), tym gorliwiej osoby konsekrowane zatroszczą się o ludzi ubogich materialnie i duchowo.

„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. –

Sam kontekst powyższych słów Zbawiciela (wizja Sądu Ostatecznego) wskazuje, że chodzi o sprawę fundamentalną dla ludzi, którzy na serio myślą o sensie życia i pragną wejść do Królestwa Bożego. Niebo nie jest dla egoistów – to największy skrót tej nauki. Liczy się tylko miłość i to miłość czynna: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” (Jk 2,15n). Wtóruje mu św. Jan: „Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1J 3,17-18).
Temat  dzisiejszy jest „dopowiedzeniem” do wrześniowych refleksji o duchowości i charyzmacie Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP. Bo oprócz dzieci (wrzesień), obiektem służby Sióstr są, z woli Założyciela, także chorzy i ubodzy, w szerokim rozumieniu pojęć „choroba” i „ubóstwo”... Z pism bł. Edmunda i z jego przykładu Siostry wiedzą, że ma to być służba „na wzór Chrystusa”, a jednocześnie „służba Chrystusowi”, który utożsamia się z „najmniejszymi braćmi”: „Mnie uczyniliście!”
Myśląc o należytym oddźwięku rozważania w codziennej pracy, odwołajmy się do naszego ludzkiego doświadczenia. Sam często „przyłapuję się” na tym, że gdy modlę się w kaplicy, wydaje mi się, ze kocham wszystkich ludzi i gotów jestem, by się im poświęcić bez reszty. Natomiast, gdy wyjdę z kaplicy bardzo szybko ulegam lenistwu i nerwowości wobec ludzi, w których widzę nie Chrystusa, lecz jakiegoś „intruza”, chcącego wtargnąć w moje dolce far niente. Może i Siostry przeżywają czasem coś podobnego, chociaż wątpię. A to doświadczenie mówi nam, że pewnych cnót człowiek nie nauczy się w kaplicy, choćby spędzał w niej większość swego czasu. Nie nauczy się tam sumiennie pracować, - nie nauczy się też kochać innych ludzi. Jeśli mam wzrastać w miłości, muszę się o tę miłość starać w codziennym życiu, w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, bo służyć innym nie nauczy mnie sama tylko modlitwa. Taką myśli możemy chyba odczytać w przestrodze Pana Jezusa: „Nie każdy, który Mi mówi: Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie...” (Mk 7,21).
Oczywiście nie chodzi mi o deprecjonowanie modlitwy, ani jej niezbędności dla jakości naszego życia, ile raczej o zwrócenie uwagi, że pomoc świadczona bliźnim jest także środkiem uświęcania się człowieka. Modlitwa jest konieczna, bo na niej otrzymujemy światło, impuls, determinację i potrzebną łaskę, ponieważ bez Chrystusa „nic nie możemy uczynić” (por. J 15,5), ale dopiero „poza kaplicą”, właśnie wtedy, kiedy okazanie miłości czynnej wymaga pewnego trudu, nieraz dużego, możemy dać jej „dowód” i wzrastać w niej. Święty Wincenty a Paulo uczył swe córki i synów duchowych: „Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę...”
Wczuwając się w ducha Chrystusowego i Jego misji „aby ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, a niewidomym przejrzenie...” (Łk 4,18), zaczynamy rozumieć, że na pewno nie osiągniemy postępów w życiu duchowym, jeśli będziemy myśleć tylko o sobie samych i własnym zbawieniu. Zbawienia dostąpimy właśnie przez to, że będziemy myśleć również o innych i o tym, co przynosi im korzyść materialną i duchową: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich. To dążenie niechwas ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie” (Flp 2, 4-5).
Ewangelia mówi jasno, że u kresu naszego życia nie będziemy sądzeni według ilości czasu, jaki spędziliśmy w kaplicy („modli się pod figurą...”), ani według jakości habitu czy osiągniętej godności w Kościele. Jezus nas uczy, że u Boga liczy się jedynie okazywana w praktyce codziennej miłość, bowiem jak pisał Benedykt XVI: tylko „miłość stanowi kryterium oceny decydujące ostatecznie o wartości lub bezwartościowości ludzkiego życia” (Deus Caritas est, 15).
Pierwszy człon dzisiejszego tematu „...Mnie uczyniliście!”, ma ponadto ożywic w nas świadomość płynącą z wiary, że Chrystus jest obecny we wszystkich potrzebujących. Służąc chorym i ubogim służymy naszemu Zbawicielowi. Takiego widzenia ludzi biednych i sponiewieranych duchowo uczy nas jedynie niezachwiana wiara w prawdę słów Tego, który „ma słowa życia wiecznego, bo jest Świętym Boga” (por. J 6,68-69). – Tej wiary musimy uczyć się na przykład od św. Pawła, któremu Chrystus objawił jednoznacznie, że żyje w ludziach, zwłaszcza doznających jakiejś krzywdy, gdy postawił mu pytanie: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” (Dz 9,4). Tego przekonania możemy uczyć się od św. Jana Chryzostoma (+ 407), który dawał pierwszeństwo ubogim przed wznoszeniem kościołów i ich kosztownym upiększaniem. W Komentarzu do 25 rozdziału Ewangelii Mateusza mówi dobitnie: „Chcesz uczcić Ciało Chrystusa? Nie pozwól, aby nim pogardzano w Jego członkach, a mianowicie w biedakach, którzy nie mają się w co przyoblec. Nie oddawaj Mu czci tutaj w kościele jedwabiem, jeśli nie dbasz o to, że ich dręczy na zewnątrz zimno i nagość. Ciało Chrystusa, które jest na ołtarzu, potrzebuje nie płaszcza, lecz czystych dusz, gdy tymczasem ciało , które jest na dworze, potrzebuje wielkiej pieczy. – Na co przyda się Chrystusowi to, że stół ofiarny jest pełen złotych kielichów, podczas gdy sam Chrystus w osobie biedaka umiera z głodu? Najpierw nakarm głodnego, a potem możesz z tego, co zbywa, przyozdobić też Jego ołtarz... Na co zdadzą się zdobione złotem nakrycia na Chrystusów ołtarz, jeśli nie da się nagiemu najpotrzebniejszego przyodziewku?”
Dostrzegania Chrystusa w nędzarzach możemy uczyć się od O. Damiana de Veustera, który będzie kanonizowany 11 października b.r., a który gdy przybył na Molokai, Wyspę na którą zsyłano trędowatych, zatrząsł się z obrzydzenia, jednak nie uciekł, lecz przez 16 lat służył im z miłością, widząc w nich oszpeconego Męką Chrystusa... Przykłady takiej wiary można mnożyć. Dla Sióstr może wystarczyć przykład bł. Edmunda, który najpierw pokazał, jak się to robi, a potem polecił swoim Siostrom, by służyły chorym, ubogim i dzieciom, jak samemu Chrystusowi. (Warto wciąż „ćwiczyć się” w takim spojrzeniu wiary, zwłaszcza na ludzi, którzy „grają nam na nerwach”. To po pewnym czasie udaje się coraz lepiej).

Naśladujemy Chrystusa Sługę, z miłością służąc chorym i ubogim. –

Wiemy z Ewangelii, że Jezus z Nazaretu był podziwiany i ceniony przez wielu swoich ziomków z powodu swej dobroczynności wobec potrzebujących. Wystarczy przypomnieć sobie reakcje ludzi na cud rozmnożenia chleba, czy też liczne uzdrowienia i wskrzeszenia...
W naszym rozważaniu, pamiętając wciąż o ewangelicznych faktach dobroci Chrystusa, zwróćmy raczej uwagę na religijne znaczenie choroby i ubóstwa, to znaczy na to, jaką one mają rolę do spełnienia w Bożych planach zbawczych. Chodzi tu zarówno o samych chorych, cierpiących i ubogich, jak i o tych, którzy z motywu wiary i miłości przychodzą im z pomocą. O tym aspekcie należy pamiętać nie tylko dla lepszego przeżycia rozpoczynającego się czwartego października kolejnego Tygodnia Miłosierdzia pod hasłem: „Otoczmy troską życie”, - ale i dla trwającej dzień po dniu realizacji charyzmatu bł. Edmunda.
Naśladujemy Chrystusa Sługę – mówi nam temat rozważania. – Jak Pan Jezus służył chorym? – Ewangelie nam mówią, że Chrystus przez cały czas swej publicznej działalności ciągle spotykał chorych. Nie uważając – jak wielu Mu współczesnych – choroby za konsekwencję grzechu (por. J 9,2nn), widzi On w niej zło, które przygniata ludzi, a które często jest znakiem potęgi szatana wobec człowieka ( „A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, czyż nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?” – Łk 13,16).
Na widok cierpienia rodzi się w Nim uczucie współczucia i litości (por. Mt 20,34). Jego miłość jest „motorem” działania wobec ludzi dotkniętych różnymi chorobami – od zwykłej gorączki teściowej Szymona, po trąd i opętania. Dlatego „wypędził złe duchy i wszystkich chorych uzdrowił” (Mt 8,16). A obydwa te działania mają taki sam sens: oznaczają zwycięstwo nad szatanem oraz umacnianie się Królestwa Bożego na ziemi.
Nie oznacza to jednak, że choroby znikną całkowicie ze świata, lecz działalność Chrystusa jest znakiem, że moc Boża, która je w końcu pokona, już działa. Aby to widzieć i rozumieć potrzebny jest wzrok wiary, dlatego wszystkim chorym, którzy przychodzą do Jezusa, stawia On tylko jedno wymaganie: żeby wierzyli w Niego i w Królestwo Boże: „Według wiary waszej niech wam się stanie!” (Mt 9,29).
Aby w pełni ukazać stosunek Chrystusa do chorych, trzeba by przytoczyć w tym miejscu olbrzymią część Ewangelii. Na szczęście Siostry ją znają, dlatego skoncentrujmy naszą uwagę na znaczeniu tych czynów Jezusa. Wtedy dostrzeżemy, że cudowne uleczenia są „antycypacją” stanu doskonałości, którą ludzkość osiągnie ostatecznie w Królestwie Bożym: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4; por. 7,16-17).
Cudowne uzdrowienia mają również znaczenie symboliczne w odniesieniu do wszystkich czasów. Choroba bowiem, oprócz swego aspektu medycznego, jest pewnym symbolem tego stanu, w jakim znajduje się człowiek grzeszny – jest duchowo ślepy, sparaliżowany, głuchy itp. Dlatego w uzdrowieniach widzimy znak dokonanego przez Jezusa duchowego uleczenia ludzkości. I ta prawda ma wielkie znaczenie dla pełnego rozumienia służby chorym.
W charyzmatycznej służbie chorym, jaką pełnią – nie tylko Siostry Pielęgniarki – ważna jest „sprawa duszy”. Stosunek Jezusa do chorych ukazuje myślącemu człowiekowi tę prawdę, że przyszedł On na świat jako Ten, który niesie zdrowie grzesznikom („Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” – Mt 2,17). I jeszcze jeden ważny aspekt: widzimy Chrystusa jako Lekarza, który, by uwolnić ludzi od słabości i chorób, bierze je sam na siebie: „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8,17). Jezus uczestniczy w cierpieniach ludzkości, by móc ostatecznie zatryumfować nad złem, które ją gnębi.
Naśladowanie Chrystusa Sługi w miłości okazywanej chorym, co jest zaszczytnym zadaniem Sióstr Służebniczek, musi zatem przejawiać się nie tylko w podawaniu lekarstw, ale także – może w pierwszym rzędzie – w empatii, wczuwaniu się w ich cierpienia (to można nazwać „wzięciem na siebie” części ich cierpienia), oraz w trosce o ich nieśmiertelną duszę.
Nie jest łatwo znosić chorobę, nawet chrześcijanom, bo ona zawsze jest cierpieniem. Dlatego trzeba wiele taktu i delikatności w ukazywaniu chorym tej prawdy, że Jezus nadał chorobom nękającym ludzi wartość zbawczą: „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2Kor 4,10). Tylko miłość okazywana choremu pozwoli mu dostrzec tę prawdę, znosić bardziej pogodnie doświadczenie cierpienia i włączyć je w ofiarę zbawczą Chrystusa.
Aby omówić cały temat rozważania, powiedzmy jeszcze parę słów o naśladowaniu Chrystusa w służeniu z miłością ubogim. Widzimy w całej Biblii jak liczny jest orszak ludzi godnych politowania – ubodzy, cierpiący głód, wzgardzeni, poniżani w swej godności – będący ofiarami „losu” lub ofiarami niesprawiedliwości bądź lenistwa czy też „opieszałości” ludzkiej. – Pan Bóg zawsze jest rzecznikiem ubogich i ich praw: „Krzyk biednych doszedł do uszu Boga, a On słucha wołania ubogich” (Hi 34,28). – „Otoczy opieką uciśnionych z ludu, ratować będzie dzieci ubogich, a zetrze ciemiężyciela” (Ps 72,4).
Wcielony Syn Boży także jest „Mesjaszem ubogich”: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże” (Łk 6,20). – „Posłuchajcie bracia moi umiłowani! Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują? Wy zaś odmówiliście poszanowania ubogiemu” (Jk 2,5-6).
Aczkolwiek Ewangelia Chrystusa kładzie nacisk na duchowy aspekt ubóstwa rodzącego się z dziecięcego zaufania do Boga Ojca, lub z chęci naśladowania stylu życia ubogiego Chrystusa, to jednak nie jest obojętna na ubóstwo materialne. Chociaż bowiem duch ubóstwa jest pozytywem życiowym, jednak to nie zmienia faktu, że nędza materialna stwarza sytuacje nieludzkie (np. bezdomność, przymieranie głodem...) i dlatego Ewangelia domaga się nie tylko miłosierdzia, ale i sprawiedliwości społecznej: „Biada wam, ... bo pomijacie to, co ważniejsze w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę” (Mt 23,23). – „Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów!” (Jk 5,4).
Ludzie bogaci, a jest to pojęcie względne, mają tu na ziemi bardzo wielkie obowiązki względem ubogich. Człowiek mający czym się podzielić, aby mógł uczestniczyć w wiecznym szczęściu ubogich (por. Łazarz i bogacz), muszą „przygarniać ich” tak, jak to czynił Jezus: „Kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym się tobie odwdzięczyć” (Łk 14,13-14). – Posługiwanie ubogim jest wyrazem naszej z nimi przyjaźni: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).
Celem pełnej miłości służby ubogim jest nasze zjednoczenie z tajemnicą hojności Pana naszego Jezusa Chrystusa, „który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2Kor 8,9).

Zakończenie. – Uczniowie kiedyś prosili swego Mistrza: „Panie, naucz nas się modlić!” (Łk 11,1). My musimy wciąż prosić: „Panie, naucz nas żyć, jak TY!” Mamy bowiem świadomość, że wciąż tego w pełni nie potrafimy, choć mówimy, że naśladujemy Go. Jak bowiem jest prawdą, że powinniśmy uczyć się autentycznej modlitwy na wzór Chrystusa, tak również powinniśmy się uczyć nieustannie przeżywania swojego powszedniego życia w duchu Chrystusa, w duchu służby.
Dopiero w takim „duchu” potrafimy kierować swój wzrok nie tylko ku Bogu, ale też ku poniżonym, cierpiącym, wyobcowanym duchowo i materialnie i użyczać im swego chleba, swego serca, swego życia. W ten sposób będziemy coraz pełniej włączać się w misję Chrystusowego Kościoła, który głosząc Ewangelię i udzielając sakramentów świętych, od samego początku łączył swą misję nadprzyrodzoną z walką z nędzą i niesprawiedliwością. Jako dzieci Kościoła wiemy, że nasza codzienna, bardzo konkretna i „przyziemna” pomoc bliźnim w wielorakiej potrzebie, w istocie rzeczy posiada znaczenie religijne, apostolskie, bo jest przekazywaniem innym miłości Bożej, którą sami otrzymaliśmy i wciąż otrzymujemy. Jesteśmy „receptorami” dobroci Boga,  musimy być także tej dobroci „przekaźnikami”. Nasza służba chorym i ubogim z motywu wiary i teologalnej miłości, która rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego (por. Rz 5,5), w jakiś sposób czyni „widzialnym” Boga żyjącego wśród nas.
Jakość pomocy zależy od siły wiary człowieka angażującego się w służbę „charytatywną”. Mówimy, że widok cierpiącego człowieka porusza nasze serce. W rzeczywistości jednak to sam Bóg nakłania nas w naszym sercu, by ulżyć nędzy materialnej i duchowej. Tak więc ostatecznie to Boga obecnego w nas wnosimy w świat nędzy i cierpienia. Naszą ambicją powinno być to, aby być przejrzystymi znakami dobroci Boga wobec ludzi!
„Miłość łagodną, czystą i cierpliwą,
Która o sobie nigdy nie pamięta,
Zło zapomina, dobrem się raduje,
Wlej w nasze serca!”

Ks. dr Andrzej Pękala

Październik 2009:
„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). – Naśladujemy Chrystusa Sługę z miłością służąc chorym i ubogim.

    Przez całe życie dorastamy powoli do zrozumienia prawdziwego sensu życia konsekrowanego i do wkraczania w nie w coraz pełniejszej mierze. Wiemy, że w Osobie Jezusa Chrystusa sam Bóg Ojciec nie tylko objawia głębię swej miłości do człowieka, ale także w Nim oddaje się na służbę człowieka (por. VC 75). Teraz, wraz z Synem, chce służyć człowiekowi przez ludzi wierzących, szczególnie przez osoby konsekrowane. Teoretycznie akceptujemy fakt, że życie konsekrowane jest życiem ofiarnej miłości , konkretną i wielkoduszną służbą najuboższym i najbardziej potrzebującym. Aby teoria stała się „praktyką”, musimy najpierw przyjąć w siebie Boską „Agape” – czyli zdolność kochania wszystkich ludzi tak, jak Chrystus, - mówiąc inaczej: musimy uczyć się miłować wszystkich Sercem Chrystusa obecnego w nas.
    Zanim przejdziemy do pewnych impresji związanych z tematem wyznaczonym na obecny miesiąc, może warto zwrócić uwagę na prozaiczny fakt, że nasza miłość miłosierna i służebna nie może być zwrócona tylko „na eksport”, na zewnątrz, do ludzi ubogich i chorych. Musi ona być chyba najpierw zwrócona „ad intra” – to znaczy do wspólnoty, do której należymy. Pan Jezus dlatego „potrafił” uczynić z siebie pokorny dar dla nas ludzi, ponieważ był włączony w wewnątrz – trynitarną miłość Osób Trój-jedynego Boga. Chyba o tym myśląc Jan Paweł II zwraca naszą uwagę naprawdę, że im bardziej życie wspólnotowe będzie przepojone duchem siostrzanej miłości (por. VC 72), tym gorliwiej osoby konsekrowane zatroszczą się o ludzi ubogich materialnie i duchowo.

„Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. –
    Sam kontekst powyższych słów Zbawiciela (wizja Sądu Ostatecznego) wskazuje, że chodzi o sprawę fundamentalną dla ludzi, którzy na serio myślą o sensie życia i pragną wejść do Królestwa Bożego. Niebo nie jest dla egoistów – to największy skrót tej nauki. Liczy się tylko miłość i to miłość czynna: „Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: - a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda? Tak też i wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie”(Jk 2,15n). Wtóruje mu św. Jan: „Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą” (1J 3,17-18).
    Temat  dzisiejszy jest „dopowiedzeniem” do wrześniowych refleksji o duchowości i charyzmacie Zgromadzenia Sióstr Służebniczek BDNP. Bo oprócz dzieci (wrzesień), obiektem służby Sióstr są, z woli Założyciela, także chorzy i ubodzy, w szerokim rozumieniu pojęć „choroba” i „ubóstwo”... Z pism bł. Edmunda i z jego przykładu Siostry wiedzą, że ma to być służba „na wzór Chrystusa”, a jednocześnie „służba Chrystusowi”, który utożsamia się z „najmniejszymi braćmi” : „Mnie uczyniliście!”
    Myśląc o należytym oddźwięku rozważania w codziennej pracy, odwołajmy się do naszego ludzkiego doświadczenia. Sam często „przyłapuję się” na tym, że gdy modlę się w kaplicy, wydaje mi się, ze kocham wszystkich ludzi i gotów jestem, by się im poświęcić bez reszty. Natomiast, gdy wyjdę z kaplicy bardzo szybko ulegam lenistwu i nerwowości wobec ludzi, w których widzę nie Chrystusa, lecz jakiegoś „intruza”, chcącego wtargnąć w moje dolce far niente. Może i Siostry przeżywają czasem coś podobnego, chociaż wątpię. A to doświadczenie mówi nam, że pewnych cnót człowiek nie nauczy się w kaplicy, choćby spędzał w niej większość swego czasu. Nie nauczy się tam sumiennie pracować, - nie nauczy się też kochać innych ludzi. Jeśli mam wzrastać w miłości, muszę się o tę miłość starać w codziennym życiu, w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, bo służyć innym nie nauczy mnie sama tylko modlitwa. Taką myśli możemy chyba odczytać w przestrodze Pana Jezusa: „Nie każdy, który Mi mówi: , wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie...” (Ma 7,21).
    Oczywiście nie chodzi mi o deprecjonowanie modlitwy, ani jej niezbędności dla jakości naszego życia, ile raczej o zwrócenie uwagi, że pomoc świadczona bliźnim jest także środkiem uświęcania się człowieka. Modlitwa jest konieczna, bo na niej otrzymujemy światło, impuls, determinację i potrzebną łaskę, ponieważ bez Chrystusa „nic nie możemy uczynić” (por. J 15,5), ale dopiero „poza kaplicą”, właśnie wtedy, kiedy okazanie miłości czynnej wymaga pewnego trudu, nieraz dużego, możemy dać jej „dowód” i wzrastać w niej. Święty Wincenty a Paulo uczył swe córki i synów duchowych: „Nie potrzebujecie się niepokoić w duchu ani wyrzucać sobie grzechu z powodu opuszczenia modlitwy ze względu na spełnioną wobec potrzebującego posługę...”
    Wczuwając się w ducha Chrystusowego i Jego misji „aby ubogim nieść dobrą nowinę, więźniom głosić wolność, a niewidomym przejrzenie...” (Łk 4,18), zaczynamy rozumieć, że na pewno nie osiągniemy postępów w życiu duchowym, jeśli będziemy myśleć tylko o sobie samych i własnym zbawieniu. Zbawienia dostąpimy właśnie przez to, że będziemy myśleć również o innych i o tym, co przynosi im korzyść materialną i duchową: „Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich. To dążenie niechwas ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie” (Flp 2, 4-5).
    Ewangelia mówi jasno, że u kresu naszego życia nie będziemy sądzeni według ilości czasu, jaki spędziliśmy w kaplicy („modli się pod figurą...”), ani według jakości habitu czy osiągniętej godności w Kościele. Jezus nas uczy, że u Boga liczy się jedynie okazywana w praktyce codziennej miłość, bowiem jak pisał Benedykt XVI: tylko „miłość stanowi kryterium oceny decydujące ostatecznie o wartości lub bezwartościowości ludzkiego życia” (Deus Caritas est, 15).
    Pierwszy człon dzisiejszego tematu „...Mnie uczyniliście!”, ma ponadto ożywic w nas świadomość płynącą z wiary, że Chrystus jest obecny we wszystkich potrzebujących. Służąc chorym i ubogim służymy naszemu Zbawicielowi. Takiego widzenia ludzi biednych i sponiewieranych duchowo uczy nas jedynie niezachwiana wiara w prawdę słów Tego, który „ma słowa życia wiecznego, bo jest Świętym Boga” (por. J 6,68-69). – Tej wiary musimy uczyć się na przykład od św. Pawła, któremu Chrystus objawił jednoznacznie, że żyje w ludziach, zwłaszcza doznających jakiejś krzywdy, gdy postawił mu pytanie: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz? „ (Dz 9,4). Tego przekonania możemy uczyć się od św. Jana Chryzostoma (+ 407), który dawał pierwszeństwo ubogim przed wznoszeniem kościołów i ich kosztownym upiększaniem. W Komentarzu do 25 rozdziału Ewangelii Mateusza mówi dobitnie: „Chcesz uczcić Ciało Chrystusa? Nie pozwól, aby nim pogardzano w Jego członkach, a mianowicie w biedakach, którzy nie mają się w co przyoblec. Nie oddawaj Mu czci tutaj w kościele jedwabiem, jeśli nie dbasz o to, że ich dręczy na zewnątrz zimno i nagość. Ciało Chrystusa, które jest na ołtarzu, potrzebuje nie płaszcza, lecz czystych dusz, gdy tymczasem ciało , które jest na dworze, potrzebuje wielkiej pieczy. – Na co przyda się Chrystusowi to, że stół ofiarny jest pełen złotych kielichów, podczas gdy sam Chrystus w osobie biedaka umiera z głodu? Najpierw nakarm głodnego, a potem możesz z tego, co zbywa, przyozdobić też Jego ołtarz... Na co zdadzą się zdobione złotem nakrycia na Chrystusów ołtarz, jeśli nie da się nagiemu najpotrzebniejszego przyodziewku?”
    Dostrzegania Chrystusa w nędzarzach możemy uczyć się od O. Damiana de Veustera, który będzie kanonizowany 11 października b.r., a który gdy przybył na Molokai, Wyspę na którą zsyłano trędowatych, zatrząsł się z obrzydzenia, jednak nie uciekł, lecz przez 16 lat służył im z miłością, widząc w nich oszpeconego Męką Chrystusa... Przykłady takiej wiary można mnożyć. Dla Sióstr może wystarczyć przykład bł. Edmunda, który najpierw pokazał, jak się to robi, a potem polecił swoim Siostrom, by służyły chorym, ubogim i dzieciom, jak samemu Chrystusowi. ( Warto wciąż „ćwiczyć się” w takim spojrzeniu wiary, zwłaszcza na ludzi, którzy „grają nam na nerwach”. To po pewnym czasie udaje się coraz lepiej).
    
Naśladujemy Chrystusa Sługę, z miłością służąc chorym i ubogim. –

    Wiemy z Ewangelii, że Jezus z Nazaretu był podziwiany i ceniony przez wielu swoich ziomków z powodu swej dobroczynności wobec potrzebujących. Wystarczy przypomnieć sobie reakcje ludzi na cud rozmnożenia chleba, czy też liczne uzdrowienia i wskrzeszenia...
    W naszym rozważaniu, pamiętając wciąż o ewangelicznych faktach dobroci Chrystusa, zwróćmy raczej uwagę na religijne znaczenie choroby i ubóstwa, to znaczy na to, jaką one mają rolę do spełnienia w Bożych planach zbawczych. Chodzi tu zarówno o samych chorych, cierpiących i ubogich, jak i o tych, którzy z motywu wiary i miłości przychodzą im z pomocą. O tym aspekcie należy pamiętać nie tylko dla lepszego przeżycia rozpoczynającego się czwartego października kolejnego Tygodnia Miłosierdzia pod hasłem: „Otoczmy troską życie”, - ale i dla trwającej dzień po dniu realizacji charyzmatu bł. Edmunda.
    Naśladujemy Chrystusa Sługę – mówi nam temat rozważania. – Jak Pan Jezus służył chorym? – Ewangelie nam mówią, że Chrystus przez cały czas swej publicznej działalności ciągle spotykał chorych. Nie uważając – jak wielu Mu współczesnych – choroby za konsekwencję grzechu (por. J 9,2nn), widzi On w niej zło, które przygniata ludzi, a które często jest znakiem potęgi szatana wobec człowieka ( „A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, czyż nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?” – Łk 13,16).
    Na widok cierpienia rodzi się w Nim uczucie współczucia i litości (por. Mt 20,34). Jego miłość jest „motorem” działania wobec ludzi dotkniętych różnymi chorobami – od zwykłej gorączki teściowej Szymona, po trąd i opętania. Dlatego „wypędził złe duchy i wszystkich chorych uzdrowił” (Mt 8,16). A obydwa te działania mają taki sam sens: oznaczają zwycięstwo nad szatanem oraz umacnianie się Królestwa Bożego na ziemi (Nb. „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść?... Jezus im odpowiedział:
    Nie oznacza to jednak, że choroby znikną całkowicie ze świata, lecz działalność Chrystusa jest znakiem, że moc Boża, która je w końcu pokona, już działa. Aby to widzieć i rozumieć potrzebny jest wzrok wiary, dlatego wszystkim chorym, którzy przychodzą do Jezusa, stawia On tylko jedno wymaganie: żeby wierzyli w Niego i w Królestwo Boże: „Według wiary waszej niech wam się stanie!” (Mt 9,29).
    Aby w pełni ukazać stosunek Chrystusa do chorych, trzeba by przytoczyć w tym miejscu olbrzymią część Ewangelii. Na szczęście Siostry ją znają, dlatego skoncentrujmy naszą uwagę na znaczeniu tych czynów Jezusa. Wtedy dostrzeżemy, że cudowne uleczenia są „antycypacją” stanu doskonałości, którą ludzkość osiągnie ostatecznie w Królestwie Bożym: „I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już odtąd nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły” (Ap 21,4; por. 7,16-17).
    Cudowne uzdrowienia mają również znaczenie symboliczne w odniesieniu do wszystkich czasów. Choroba bowiem, oprócz swego aspektu medycznego, jest pewnym symbolem tego stanu, w jakim znajduje się człowiek grzeszny – jest duchowo ślepy, sparaliżowany, głuchy itp. Dlatego w uzdrowieniach widzimy znak dokonanego przez Jezusa duchowego uleczenia ludzkości. I ta prawda ma wielkie znaczenie dla pełnego rozumienia służby chorym.
    W charyzmatycznej służbie chorym, jaką pełnią – nie tylko Siostry Pielęgniarki – ważna jest „sprawa duszy”. Stosunek Jezusa do chorych ukazuje myślącemu człowiekowi tę prawdę, że przyszedł On na świat jako Ten, który niesie zdrowie grzesznikom („Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” – Mt 2,17). I jeszcze jeden ważny aspekt: widzimy Chrystusa jako Lekarza, który, by uwolnić ludzi od słabości i chorób, bierze je sam na siebie: „On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt 8,17). Jezus uczestniczy w cierpieniach ludzkości, by móc ostatecznie zatryumfować nad złem, które ją gnębi.
    Naśladowanie Chrystusa Sługi w miłości okazywanej chorym, co jest zaszczytnym zadaniem Sióstr Służebniczek, musi zatem przejawiać się nie tylko w podawaniu lekarstw, ale także – może w pierwszym rzędzie – w empatii, wczuwaniu się w ich cierpienia ( to można nazwać „wzięciem na siebie” części ich cierpienia), oraz w trosce o ich nieśmiertelną duszę.
    Nie jest łatwo znosić chorobę, nawet chrześcijanom, bo ona zawsze jest cierpieniem. Dlatego trzeba wiele taktu i delikatności w ukazywaniu chorym tej prawdy, że Jezus nadał chorobom nękającym ludzi wartość zbawczą: „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym ciele” (2Kor 4,10). Tylko miłość okazywana choremu pozwoli mu dostrzec tę prawdę, znosić bardziej pogodnie doświadczenie cierpienia i włączyć je w ofiarę zbawczą Chrystusa.
    Aby omówić cały temat rozważania, powiedzmy jeszcze parę słów o naśladowaniu Chrystusa w służeniu z miłością ubogim. Widzimy w całej Biblii jak liczny jest orszak ludzi godnych politowania – ubodzy, cierpiący głód, wzgardzeni, poniżani w swej godności – będący ofiarami „losu” lub ofiarami niesprawiedliwości bądź lenistwa czy też „opieszałości” ludzkiej. – Pan Bóg zawsze jest rzecznikiem ubogich i ich praw: „Krzyk biednych doszedł do uszu Boga, a On słucha wołania ubogich” (Hi 34,28). – „Otoczy opieką uciśnionych z ludu, ratować będzie dzieci ubogich, a zetrze ciemiężyciela” (Ps 72,4).
    Wcielony Syn Boży także jest „Mesjaszem ubogich”: „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże” (Łk 6,20). – „Posłuchajcie bracia moi umiłowani! Czy Bóg nie wybrał ubogich tego świata na bogatych w wierze oraz na dziedziców królestwa przyobiecanego tym, którzy Go miłują? Wy zaś odmówiliście poszanowania ubogiemu” (Jk 2,5-6).
    Aczkolwiek Ewangelia Chrystusa kładzie nacisk na duchowy aspekt ubóstwa rodzącego się z dziecięcego zaufania do Boga Ojca, lub z chęci naśladowania stylu życia ubogiego Chrystusa, to jednak nie jest obojętna na ubóstwo materialne. Chociaż bowiem duch ubóstwa jest pozytywem życiowym, jednak to nie zmienia faktu, że nędza materialna stwarza sytuacje nieludzkie (np. bezdomność, przymieranie głodem...) i dlatego Ewangelia domaga się nie tylko miłosierdzia, ale i sprawiedliwości społecznej: „Biada wam, ... bo pomijacie to, co ważniejsze w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę” (Mt 23,23). – „Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów!” (Jk 5,4).
    Ludzie bogaci, a jest to pojęcie względne, mają tu na ziemi bardzo wielkie obowiązki względem ubogich. Człowiek mający czym się podzielić, aby mógł uczestniczyć w wiecznym szczęściu ubogich (por. Łazarz i bogacz), muszą „przygarniać ich” tak, jak to czynił Jezus: „Kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym się tobie odwdzięczyć” (Łk 14,13-14). – Posługiwanie ubogim jest wyrazem naszej z nimi przyjaźni: „Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16,9).
    Celem pełnej miłości służby ubogim jest nasze zjednoczenie z tajemnicą hojności Pana naszego Jezusa Chrystusa, „który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2Kor 8,9).

    Zakończenie. – Uczniowie kiedyś prosili swego Mistrza: „Panie, naucz nas się modlić!” (Łk 11,1). My musimy wciąż prosić: „Panie, naucz nas żyć, jak TY!” Mamy bowiem świadomość, że wciąż tego w pełni nie potrafimy, choć mówimy, że naśladujemy Go. Jak bowiem jest prawdą, że powinniśmy uczyć się autentycznej modlitwy na wzór Chrystusa, tak również powinniśmy się uczyć nieustannie przeżywania swojego powszedniego życia w duchu Chrystusa, w duchu służby.
    Dopiero w takim „duchu” potrafimy kierować swój wzrok nie tylko ku Bogu, ale też ku poniżonym, cierpiącym, wyobcowanym duchowo i materialnie i użyczać im swego chleba, swego serca, swego życia. W ten sposób będziemy coraz pełniej włączać się w misję Chrystusowego Kościoła, który głosząc Ewangelię i udzielając sakramentów świętych, od samego początku łączył swą misję nadprzyrodzoną z walką z nędzą i niesprawiedliwością. Jako dzieci Kościoła wiemy, że nasza codzienna, bardzo konkretna i „przyziemna” pomoc bliźnim w wielorakiej potrzebie, w istocie rzeczy posiada znaczenie religijne, apostolskie, bo jest przekazywaniem innym miłości Bożej, którą sami otrzymaliśmy i wciąż otrzymujemy. Jesteśmy „receptorami” dobroci Boga,  musimy być także tej dobroci „przekaźnikami”. Nasza służba chorym i ubogim z motywu wiary i teologalnej miłości, która rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego (por. Rz 5,5), w jakiś sposób czyni „widzialnym” Boga żyjącego wśród nas.
    Jakość pomocy zależy od siły wiary człowieka angażującego się w służbę „charytatywną”. Mówimy, że widok cierpiącego człowieka porusza nasze serce. W rzeczywistości jednak to sam Bóg nakłania nas w naszym sercu, by ulżyć nędzy materialnej i duchowej. Tak więc ostatecznie to Boga obecnego w nas wnosimy w świat nędzy i cierpienia. Naszą ambicją powinno być to, aby być przejrzystymi znakami dobroci Boga wobec ludzi!
„Miłość łagodną, czystą i cierpliwą,
Która o sobie nigdy nie pamięta,
Zło zapomina, dobrem się raduje,
Wlej w nasze serca!”

    
Ks. dr Andrzej Pękala

31 października 2014 r.
Piątek
Do końca roku zostało 62 dni.

Myśl bł. Edmunda

Służ tej Najświętszej Pannie póki masz czas i sposobność.

Ewangelia na dziś

Skrzynka intencji

Prośby o modlitwę 

za wstawiennictwem

bł. Edmunda

Bojanowskiego 

 

 

 

 

W trosce o wychowanie

 

 

Logowanie

 modzie dladzieci2